
Do nikąd. W jedną stronę.
A Day Like Today
Dopiero w ostatniej chwili trafiłem na ciekawe tereny, tereny które zawsze mnie kusiły- industrial... ale, tak jak już pisałem, rozpadał się śnieg, i dalsze robienie zdjęć stało się praktycznie niemożliwe. Tylko nie wiedzieć czemu, jakoś za bardzo tego nie żałuję...







Potem mogło już być tylko lepiej. Praktycznie cały czas w drodze, zatrzymując się tylko żeby utrwalić to, co utrwalenia warte i to, co na karcie CF nigdy znaleźć się nie powinno, zatrzymalismy się ostatecznie w miejscu, którego nazwy nie pamiętam, ale wiem, jak wygląda:
Przełaziliśmy tam cały dzień, góry, aparat, fajni ludzie, pogoda- mieszanka stawiająca psychikę na nogi, podczas gdy fizycznie z nóg padasz... Dużo kóz, kozic, baranów jakichś się kręciło po zboczach, zaczepki szukając, ale że poczciwie wyglądały, odłożyliśmy kamienie i chwyciłem za teleobiektyw:
Ubawiłem się w każdym razie jak norka. Brak kondycji nie przesłonił mi takich widoków jak te, które zobaczyłem będąc na szczycie góry:
Do Bury wróciliśmy późnym wieczorem, a gdy kładłem się spać jeszcze przez jakiś czas przed oczyma skakały mi kozice na tle ośnieżonych szczytów. Padłem jak kawka; zresztą trochę snu mi się przydało przed następną wyprawą. Planowany cel podróży- Blackpool, angielski odpowiednik Las Vegas.